Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dzi świadczy o ich bezgranicznej miłości dla osoby czcigodnego ojca.
Na to rzekł padre Diego:
— Słusznie. Świat idzie naprzód. Istotnie zdobyliśmy miłość i zaufanie ludu.
Zamyślił się i po chwili dodał:
— Żałować nam tylko wypada, że czcigodny ojciec nie widzi tego.
Znów umilkł, potem rzekł:
— Don Lorenzo!
— Tak, wielebny ojcze.
— Dzisiejszej nocy, jak wiesz, czcigodny ojciec znowu, na szczęście na krótko, utracił przytomność.
Don Lorenzo milczał. Tamten ciągnął dalej:
— Straszliwa i nad wyraz bolesna jest bezbronność człowieka złożonego niemocą. Byłoby też rzeczą jak najbardziej godną pożałowania, gdyby do ludzi niepowołanych przedostały się jakieś relacje o stanie, w jakim na skutek choroby znalazł się czcigodny ojciec.
Na to rzekł pan de Montesa:
— Pojmuję, wielebny ojcze. Możesz być jednak spokojny, że podobna rzecz nie może się zdarzyć. Słuch moich ludzi należy do mnie. Ich języki również.
Padre Diego, wciąż zamyślony, patrzył na niego chwilę, po czym nie rzekłszy nic odwrócił głowę. „Jestem zgubiony — pomyślał don Lorenzo. — Okazałem niewybaczalną pewność siebie. Jestem zgubiony.“ Pośpiesznie począł szukać słów, dzięki którym mógłby nawiązać i jeszcze uratować urwaną rozmowę, aż naraz, gdy wydało mu się, że znalazł wyrazy właściwe, ogarnęło go zniechęcenie. „Jestem zgubiony“ — raz jeszcze pomyślał. I ku własnemu zdziwieniu zamiast strachu, którego oczekiwał, uczuł ogromną ulgę. Zupełnie