Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zgodnie z przewidywaniami zbliżono się do Avila o pierwszym świcie. Skoro mury oraz rozliczne wieże miasta ukazały się na odległym horyzoncie, padre Diego, pragnąc zapobiec powitalnym uroczystościom, wysłał umyślnego gońca.
Po ciemnej nocy świt wstał posępny, niebo zaciągnięte ciężkimi chmurami rozpościerało się nisko nad nagą i bezpłodną w tych stronach ziemią.
Mimo wczesnej pory i jakkolwiek goniec o dobrą godzinę wyprzedził orszak, wieść o tym, kto przybywa, musiała się natychmiast po mieście rozejść, kiedy bowiem, pozostawiając na uboczu świeżo zbudowany klasztor Santo Tomas, poczet Wielkiego Inkwizytora przebył most na rzece Adaja i przez Puerta del Puente wkroczył pomiędzy mury — tłumy mieszkańców Avila zapełniały ulice i place prowadzące do klasztoru przy San Vicente.
Zgodnie z otrzymaną instrukcją żadne władze, zarówno świeckie, jak duchowne, nie witały przybywających. Milczały dzwony. Taki wszakże panował wszędzie spokój i porządek, iż miejskie straże Świętej Hermandady nie miały nic do roboty. Zgromadzone tłumy stały w skupieniu, wśród najgłębszej ciszy, w milczeniu rozstępowano się przed wolno posuwającym się regimentem, a gdy ukazywał się wóz otoczony rycerstwem — ludzie klękali pochylając głowy.
Padre Diego jechał przy wozie, po prawej ręce mając pana don Lorenza. W pewnej chwili pochylił się ku niemu i spytał:
— Zastanawiałeś się, don Lorenzo, co myślą ci ludzie zebrani tak licznie?
— Tak, ojcze — odpowiedział don Lorenzo patrząc swoim zwyczajem przed siebie. — Obecność tych lu-