Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


życie zwalczałeś wszelkie mętniactwo, aby na koniec sam się jemu dobrowolnie oddać w niewolę? Błagam cię, czcigodny ojcze, zaklinam cię na wszystko, co święte — mówmy jak ludzie dojrzali i świadomi, unikając powoływania się na nieskoordynowane uczucia, natomiast dochowując wierności zasadom rozumu.
Torquemada milczał.
— Zasnąłeś, ojcze?
— Nie.
— Czemu więc milczysz? Rozumiem, chcesz mnie w ten sposób nakłonić do zamilknięcia. I cóż ci z tego przyjdzie? Wiesz przecież, że nie mogę odejść.
— Wiem.
— A zatem? Powiedzmy, że zgodnie z twoim życzeniem przestanę mówić. Dobrze, już milczę.
Istotnie zaległa cisza. Torquemada myślał: „Stworzyłem system, lecz dzięki niemu i poprzez niego stworzyłem także ludzi systemu. Co uczynić z nimi, jeśli system okazał się zgubnym szaleństwem? Jak usunąć terror, gdy zdążył zrodzić ludzi, którzy w nim tylko znajdują rację swego istnienia? Zniszczyć ich przy pomocy terroru?“
Po chwili odezwał się bliski głos:
— Milczałem. Ale słyszałeś mnie?
Torquemada otworzył oczy.
— Tak — szepnął — słyszałem cię.
— I co?
— Kłamiesz. Ludzie nie chcą terroru.
— Biedacy! Niewinne jagniątka!
— Nie drwij.
— Zatem człowiek nie jest już dla ciebie, ojcze, istotą słabą i nędzną, godną pogardy?
— Uczyniliśmy ludzi jeszcze gorszymi. Myliłem się.
— W czym, jeśli można wiedzieć?