Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się ciszą skrępowany beztrosko głaskał łaszące się do jego ręki psy. Wówczas padre Diego zdecydował się przemówić pierwszy.
— Pokój z tobą, mój synu — powiedział.
Ten skłonił się w milczeniu i dalej głaskał psy. Właśnie wóz wiozący czcigodnego ojca zatrzymał się nie opodal, a pusty dziedziniec począł się zapełniać tłumem domowników. „Głupcze! — pomyślał padre Diego — i tak wcześniej czy później dosięgnie cię ramię sprawiedliwości.“ Głośno zaś powiedział:
— Sądzę, mój synu, iż zdajesz sobie sprawę, jakim to jest zaszczytem dla ciebie i dla twego domu gościć dostojną osobę ojca Wielkiego Inkwizytora.
Don Miguel odsunął ogromnego charta, który wspiął się mu na piersi łapami.
— Poszedł! — powiedział miękko i łagodnie.
Po czym zwrócił się do ojca Diego:
— Nie uganiam się, dostojny panie, za zaszczytami. Po cóż mi zaszczyty? Mam, jak widzicie, wszystko.
I z dworskim gestem dodał:
— Wejdźcie jednak, dostojny panie, do środka. Moi ludzie wskażą wam drogę. Chcecie zapewne dotrzymać towarzystwa panu Wielkiemu Inkwizytorowi?
— Tak — powiedział padre Diego — stan czcigodnego ojca wymaga tego.
Z kolei don Miguel zwrócił się ku kapitanowi, który stał obok chmurny i milczący.
— Wy jesteście panem de Montesa?
Don Lorenzo drgnął.
— Skąd mnie znacie?
— Któż was nie zna? — odparł tamten. — Wejdźcie, proszę.