Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ciach młodzieńczy głos. — Jakiż interes, i to o tak późnej godzinie, może mieć do mnie dostojny pan Wielki Inkwizytor?
Pan de Montesa, niecierpliwie szarpiąc swym andaluzyjczykiem, już chciał ostro odpowiedzieć, gdy padre Diego położył mu dłoń na ramieniu.
— Nie przystoi nam, don Lorenzo, przemawiać butnie i pysznie — powiedział półgłosem.
Po czym ze spokojną godnością, niewiele głos podnosząc, rzekł w ciemności:
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Była cisza. Spytał więc:
— Czy z panem de Lara mówimy?
— Jestem nim — odpowiedziano z murów.
Padre Diego musiał zdobyć się na niemały wysiłek, aby nie okazać niechęci, jaką budził w nim ten zuchwały głos. Powiedział:
— Ciężka i smutna konieczność każe nam szukać gościny w waszym domu, panie. Czcigodny ojciec Wielki Inkwizytor, złożony ciężką niemocą, udaje się do Avila, lękamy się wszakże, iż może nie przetrzymać trudów dalszej drogi, jeśli nie będzie mu danym odpocząć tej nocy.
— Istotnie pan Wielki Inkwizytor jest tak ciężko chory? — spytał pan de Lara nie siląc się na okazanie smutku.
Padre Diego milczał chwilę. Wreszcie rzekł:
— Jest tak, jak powiedziałem.
— Wejdźcie zatem — odparł pan de Lara. — Czy panu Wielkiemu Inkwizytorowi wystarczy, jeśli towarzyszyć mu będzie dziesięciu spośród waszych rycerzy?
Tym razem padre Diego nie zapanował nad wzburzeniem i zawołał: