Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Znam tego rodzaju ludzi — powiedział z pogardą. — Cenią sobie wolność, nie wiedząc, a co gorsze, nie chcąc zazwyczaj wiedzieć, co znaczy wolność prawdziwa.
— Właśnie to chciałem powiedzieć, wielebny ojcze — rzekł don Lorenzo. — Co zatem rozkażesz?
Padre Diego odpowiedział:
— Czcigodnemu ojcu nade wszystko potrzebny jest odpoczynek.
Castillo panów de Lara istotnie nie było odległe. Zamek, ciemny i zwarty, wznosił się swymi murami i basztami wysoko ponad drogą, zawieszony jak kamienne gniazdo nad skrajem stromej skały, u jego stóp, głęboko w dole, szumiała wzburzona rzeka.
Droga wiodąca do castillo była stroma i wąska, ciasno stłoczone konie ślizgały się na niej, mgła się wprawdzie cokolwiek przerzedziła, za to przenikliwy wiatr dął wprost w twarze. Kilku łuczników musiało zejść z koni, aby ramionami podpierać ciężki wóz.
Znalazłszy się pod murami zamku padre Diego, przytłoczony ich surowością, pożałował swojej decyzji. Lecz na odwrót było za późno. Właśnie jeden z domowników zadął w róg i nam ścichło jego brzmienie, z wysoka rozległ się donośny głos:
— Kim jesteście i czego chcecie?
Pan de Montesa pchnął do przodu konia. Zawołał:
— W imię Króla i Królowej otwórzcie!
Dopiero po dłuższej chwili inny głos, młody i dźwięczny, spytał:
— Kto mówi w imieniu Króla i Królowej?
Pan de Montesa odpowiedział:
— Jego dostojność, czcigodny ojciec Wielki Inkwizytor.
— Padre Torquemada? — zdziwił się w ciemnoś-