Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


osamotniony, dzielił się bowiem nimi z drugim człowiekiem.
— Zło, mój synu, zawsze nieporównanie gorzej niż dobro znosi samotność. Żyje ów człowiek?
— Tak, ojcze. Pamięta o mnie i przysłał mi pozdrowienia.
— Sądzisz, iż ujrzawszy cię mógłby rzucić cień na twoje dobre imię i na twoją pobożność?
— Tego nie wiem, ojcze. To jest człowiek zamknięty w sobie i pokorny, jakkolwiek nie we wszystkich sprawach myśli, jak nam nakazuje Kościół.
— Obłudny zatem?
— Nigdy mnie, ojcze, do niczego złego nie namawiał. Jeśli ci jednak czynię to wyznanie, to dlatego, iż zdaję sobie sprawę, że będąc tak blisko ciebie postawiony i takim przez ciebie zaufaniem obdarzony nie powinienem zaniedbać żadnych środków, aby nawet cień szkodliwej i krzywdzącej mnie teraz obmowy mógł na mnie paść. Gdybym tylko do siebie należał, mój ojcze, nie niepokoiłbym się tak o swoje imię.
— Wszyscy, mój synu, służymy sprawie, która wielkością przerasta każdego z nas.
— Dlatego klęczę przed tobą, ojcze. Wyznałem ci wszystko, dopiero przed chwilą ostatecznie zrozumiałem, że moje myśli, zawsze narażone na ułomność i skażenie, nie mogą do mnie jednego należeć. Pojąłem, że tylko w wyznawaniu swych błędów oraz w szukaniu pomocy u przełożonych mogę uchronić od wszelkich niebezpieczeństw i siebie, i swoją wiarę.
— Weź pióro i pergamin — powiedział Torquemada.
Diego podniósł się z klęczek.
— Tak, ojcze.
— Jesteś gotowy?