Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nikt nie odpowiadał. Diego, poszukując wyciągniętymi rękoma oparcia, wspiął się o stopień wyżej.
— Ty jesteś! Odpowiedz.
Nie było go.
— Buntownicze zamysły — rozległ się głos czcigodnego ojca — nie zawsze potrzebują słów.
— Niech Bóg czuwa nad naszym dziełem — odpowiedziało dalekie echo głosem pana de Sigura.
— Ciebie nie ma! — zawołał Diego.
— Dlaczego chcesz się zgubić? — spytał tuż obok fray Mateo.
— Znów jesteś? — zdziwił się Diego. — Przecież ciebie nie ma.
— Gdybyś nie kochał ludzi dzisiaj, nie mógłbyś nimi pogardzać jutro — odpowiedział z wysoka, od niewidocznego szczytu schodów, głos ojca Torquemady.
— Ojcze mój! — zawołał Diego.
Chcąc się wspiąć na jeszcze jeden stopień potknął się i czołem uderzył o coś twardego i zimnego. Natychmiast oprzytomniał. Stał przy jednej z kolumn podtrzymujących niski strop klasztornego korytarza. Cisza była dokoła. Tylko z kościoła dochodził śpiew braci. W pewnym momencie ścichł i wtedy rozległy się organy.
Po chwili fray Diego znalazł się w celi czcigodnego ojca. Padre Torquemada stał przy wysokim pulpicie i ważną najwidoczniej pracą musiał być pochłonięty, ponieważ zawsze tyle łaskawości okazujący swemu młodemu sekretarzowi, teraz spojrzał na niego z niechęcią i spytał szorstko:
— Czego chcesz, mój synu? Nie widzisz, że pracuję?
Skoro jednak Diego rzucił mu się do nóg, surowość znikła z jego twarzy.
— Mój synu, co się stało?