Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Fray Diego szedł szybkim krokiem, zatrzymał się dopiero przed niskimi drzwiami.
— Oto wasza cela — powiedział. — Jesteście zapewne zmęczeni drogą i potrzebujecie odpoczynku.
— Tak — odparł tamten. — Kiedy wyjeżdżałem, brat Mateo prosił mnie, żeby was odnaleźć i pozdrowić. Kazał mi powiedzieć: „Brat Mateo myśli o tobie i modli się za ciebie.“ Dokładnie tak powiedział brat Mateo, na pewno dobrze powtarzam.
Diego musiał uczynić duży wysiłek, aby podnieść głowę i spojrzeć przybyszowi z Villa-Réal wprost w oczy. Fray Alvaro był tego samego wzrostu co on, podobnie szczupły i drobny, a lat też nie musiał dużo więcej liczyć. W jego ciemnych, nad wiek poważnie zamyślonych oczach Diego odnalazł przyjazną życzliwość.
— Odpoczywajcie w spokoju, bracie Alvaro — powiedział umykając spojrzeniem.
Po czym, nagle ogarnięty przejmującym uczuciem marznięcia, podążył pośpiesznie w głąb korytarza i minąwszy wewnętrzny, pusty teraz krużganek, wszyscy już bowiem bracia zgromadzili się w kościele na nieszporach, począł schodzić na dół, nie bardzo zdając sobie sprawę, gdzie i w jakim celu idzie, wciąż z tym samym wrażeniem, że kark, ramiona, plecy i piersi ma owinięte pod habitem zlodowaciałą szmatą.
Na dole, nie opodal schodów, pan de Castro rozmawiał z młodym don Lorenzem. Diego chciał ich wyminąć, lecz pan don Rodrigo, uważnie się mu przyjrzawszy, zatrzymał go i spytał:
— Co ci jest, bracie Diego? Chory musisz być, gorączkę chyba masz?
Głos pana de Castro, zazwyczaj silny i dźwięczny,