Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

I kucharz nie ustępował ani trochę przyjacielowi w wartości moralnej. Starszy od Bronka, imponował mu cynizmem, przechodzącym te granice, których Bronek nie śmiał jeszcze przekraczać.
Antek i Józiek znaleźli sobie zajęcie. W dzień włóczyli się po ulicach. Celem wycieczek było chwytanie zbłąkanych psów, lub wabienie głupich pinczerów i mopsów, by je potem zwracać za „sowitą nagrodę“. Bronek, jako czytający, przerzucał ogłoszenia w pismach, i przynosił listę zgubionych i poszukiwanych psów wraz z adresami właścicieli.
Drugiem zajęciem było oszukiwanie „litościwych osób“. Brało się koszyk, kładło się butelkę z wodą, szło się na ludną ulicę, tam koszyk |wypadał, butelka się tłukła, woda wylewała; trzeba było krzyczeć i płakać.
Dochodziła „litościwa osoba“.
— Czego płaczesz?
— Majster posłał mnie po spirytus, i wylało mi się. Będzie mnie bił; może mnie zabije nawet.
Płacz taki musiał przynieść pół rubla.
Szczególniej szczęściło się Antkowi.
A wieczorem wprowadzanie gości do cyrku, otrzymywanie dziesiątek, oszukiwanie czujności biletera i wkręcanie się na przedstawienie.
Nie dnie, ale miesiące trwało to samo.
Jedynym ciekawszym epizodem, jaki zanotować wypada z pierwszego półrocza samodzielnej „pracy“ Antka, było jego zapoznanie się z malarzem.