Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

krwi szlachetnej wołał o coś do Jóźka, on spluwał zawsze i mówił:
— Ot, bzik, wszystko bzik! — i zdanie to ulgę mu sprawiało.
Jak widać, charakter Antka dopełniał się przez Jóźka, to też zaprzyjaźnili się szczerze.
W przyjaźni „dzieci ulicy“ mało jest sielankowej poezji, ale jest moc niepojęta, tragiczna. Przyjaźń nie polega na wspólnych długich rozmowach i marzeniach, oparta jest na wspólnym interesie, a cechują ją dwa rysy znamienne: równy podział pracy, równy podział zysków i jednakowa odpowiedzialność. Solidarność aż do zaparcia się siebie, aż do morderstwa jego wroga. Taki jest kodeks przyjaźni, uświęcony tam, nietykalny.
Zamieszkali chłopcy razem z Bronkiem — kelnerem i Andrzejem — kucharzem, i dobrze im było we wspólnem pożyciu z tymi ludźmi, zepsutymi do najdrobniejszej cząstki swej duszy. Bronek miał lat dwadzieścia cztery i był w tym okresie, gdy przestawał już odczuwać choćby ułamek jakiś dumy osobistej; schylony wpół, „ujaśniający“ każdego, kto mu napiwek w rękę wsuwa, ocierając się wśród pijanych i używających, z uśmiechem wiecznym na twarzy, z ciągłem: „słucham jaśnie pana“ — nosił jedno tylko uczucie. On chciał sam być kiedyś „jaśnie panem“, tymczasem używać mógł tylko na swój sposób, zastępując uczty gabinetowe pijatykami, gdzie zwyczajna wódka mieszała się ze zlewkawi kosztownych likierów ze stołu gości, a na talerzach leżały zakąski z kiełbasy zwyczajnej i... pasztetów.