Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Antek patrzał przez ramiona stojących bliżej — na bójkę i pomyślał:
— Nie, nie bzik.
Ale co to jest, nie wiedział.




VII.
Józiek Bzik.

Wojciech Mazur, jako stróż nocny, zajmował placówkę na ulicy Czerniakowskiej. O sile jego dziwy sobie opowiadano, o przygodach, których doznał w swoich podróżach po wszystkich częściach świata, krążyły najrozmaitsze podania. A legendy mogły tem łatwiej rodzić się, rosnąć i zmieniać, że Wojciech nic do nich nie dodawał i nigdy ich nie prostował.
Mieszkał w małym pokoiku na facyacie ze swoją córką, a może i nie córką, bo, będąc już bardzo niemłodym, przywiózł ją dziewięcioletnią dziewczynką, niewiadomo zkąd. Potem widywano go tylko, gdy chodził miarowym krokiem, głośno uderzając żelazną skówką pałki o kamienie — przez noc całą. W niedzielę chodził z dzieckiem do kościoła. Gdy mu się kto ukłonił, i on go pozdrawiał, ale z nikim w bliższe stosunki nie wchodził.
Dziewczynka rosła, Wojciech się nie starzał. Jego siwa broda posiwieć nie mogła, jego znużone oczy wyblaknąć już nie mogły, a na pomarszczonej twarzy żadna już nie zmieściłaby się zmarszczka.