Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się udało, a tu doprawdy, że się zniechęciłam. Jeżeli nie chcecie, powiedzcie szczerze: »nie chcemy«.
Fil nie wytrzymał.
— Proszę pani, jabym powiedział, ale żeby mnie pani za drzwi nie wyrzucała.
— Więc powiedz.
— Ale pani mnie nie wyrzuci?
— Fil, tylko nie żartuj, bo to doprawdy niewesoła sprawa.
— Ja nie żartuję, tylko niech pani powie, żeby się nie śmieli.
— No, już mów.
— Proszę pani, trzeba kupić ciekawe książki: jakieś takie wesołe, albo Bosko czarnoksiężnik, zagadki, Eddi Polo, sennik egipski, różne sztuki z kartami. Ja nawet mogę buchnąć siostrze ten sennik: jak się komu śni naprzykład pożar, to znaczy, że złodzieje. Widzi pani, już się zaczynają śmiać.
Pani powiedziała, że na próbę będzie sama przez miesiąc prowadziła bibljotekę. A potem się zobaczy.
Fanny wszystko oddała pani w największym porządku. Kartki już były ponalepiane, katalog ułożony. Klaryssa pomagała trochę. I niby jakoś szło, ale widać było, że biorą książki tylko dlatego, żeby pani nie obrazić.
A tymczasem Dżek umacniał się w postanowieniu, że nikt inny, tylko on zostanie bibljotekarzem. Już wszystko dokładnie naprzód sobie ułożył, pewien był wygranej, więc przyglądał się, jak to pani robi, słuchał uważnie, co mówi klasa, — i czekał.