Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— W naszym oddziele jeden chłopiec...
Albo:
— Jest w naszej klasie Dżek Fulton. Przyniósł całą skrzynkę...
Albo:
— Myśmy urządzili kooperatywę. Piąty oddział mówi, że nie będziemy umieli, a tymczasem...
Rozumie się, że Dżek o tem nie wiedział wcale i nawet nie myślał. Przeciwnie, myśl jego więcej jeszcze była zajęta sprawą kooperatywy. Trzeba przecież rachunki doprowadzić do porządku. Tak miał wszystko dobrze obliczone, że nic mu nie brakowało. Często zaglądał do zeszytu, gdzie było zapisane, co leży w szafie — i sprawdzał, ile jest kajetów, ołówków, arkuszy papieru. A kiedy się zgadzało, było mu bardzo przyjemnie. A teraz co? Klaryssa wszystko poplątała: nie wie, od kogo i ile dostał pieniędzy, nie wie nawet, czy coś nie zginęło. Tak ładnie ułożył, że na jednej stronicy napisze: »lalki«, na drugiej »gwizdałki«, na trzeciej: »łańcuszki«. A pod tem będzie napisane, kto kupił. I chociaż nie może pamiętać, jak zajrzy, odrazu może powiedzieć:
— Ty masz kredki.
Albo:
— Ty masz organki.
Albo:
— Ty masz piłkę.
Dżek wie już, co znaczy komisja rewizyjna. Oto trzech chłopców razem z panią przejrzą rachunki, przeliczą pieniądze i dopiero powiedzą:
— Dżek dobrze gospodaruje.