Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/120

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    będzie pomagał układać wystawę świąteczną. Wróci bardzo późno.
    Dżek wszedł przez bramę, bo sklep już był zamknięty.
    — Kto tam? — odezwał się mister Taft z ciemnego pokoju.
    — To ja, Dżek.
    — A to dobrze. Zaraz się weźmiemy do roboty.
    To był właśnie pokój, do którego się wchodziło ze sklepu po schodkach. W pokoju stały dwa łóżka, stół, szafa, parę krzeseł i różne paki i paczki. A w jednem łóżku ktoś leżał. Dżek się bardzo ździwił. Nie zastanawiał się co prawda, ale myślał, że mister Taft nie ma nikogo. Bo zawsze był sam w sklepie.
    — To moja matka, — powiedział mister Taft, zapalając świecę. — Nie palę światła, bo staruszka i tak nie widzi. I niebardzo słyszy. Zgadnij, ile ma lat?
    — Nie wiem, — powiedział Dżek.
    — Osiemdziesiąt, mój miły. Od sześciu lat już leży, — tak, mój chłopcze. Prowadziła gospodarstwo i było mi lżej. Teraz muszę się nią opiekować, jak małem dzieckiem.
    I mister Taft opowiedział Dżekowi, jak matka zachorowała, co powiedział przywołany doktór, co potem mówili w szpitalu. Cały czas, kiedy układali wystawę, mister Taft opowiadał.
    — Trochę wyżej postaw te książki. Anioła powieś na lampie. Dobrze. Troszkę na prawo. Gdybym wiedział, że operacja przyniesie pożytek, tobym się zgodził, ale doktorzy mówią: »można sprobować«. Dać na sen niebezpiecznie, bo serce ma słabe.