Strona:Jan Sygański - Historya Nowego Sącza.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dług, za okazaną zaś sąsiedzką życzliwość zapisał mu jatkę kramarską i piękny spiżowy moździerz[1].
Uradowany Gadowicz opowiada żonie o nowym nabytku i cieszy się niezmiernie, a wtem żona blednieje, słabnie i omdlewa. Czem prędzej skoczył Gadowicz na ratusz, podczas kiedy żonę trzeźwiono i do łóżka kładziono. Niebawem przyszli ławnicy: Jędrzej Nagłowicz i Wojciech Spiek wraz z pisarzem miejskim i wysłuchali ostatniej woli Gadowiczowej, która trochę do siebie przyszła i której mąż bardzo się czułym okazywał. Gadowiczowa krótko oświadczyła, że wszystko a wszystko co tylko posiada, ruchome i nieruchome mienie, przekazuje, daje i daruje mężowi swemu, Wawrzyńcowi Gadowiczowi; matkę zaś Cichońkę wraz z braćmi swymi, z siostrami i wszystkimi krewnymi, zupełnie od wszystkiego odsądzając[2]. Nim jednak skonała, widziała śmierć dziecka swego i ostatecznie wźrok jej padł na trumienkę tegoż na stole pod piecem stojącą...
Ale bo też okropnie ludzie umierali! Przeczucie śmierci trapiło chorych, a umierali z przekonaniem, że to gniew i kara Boga zagniewanego! Burmistrz Stanisław Olszyński przynajmował grubarzy, żeby zapowietrzonych chowali, i dawał im kontentacyę. Najpierw pochowali Majchrową, bednarkę, i dom jej wraz z sierotami zawarli, zabijając hakami drzwi i okna. Sierotom biednym podawali żywność: markę krup, chleba za 12 i masła za 6 groszy. Po niej schowano biedną sierotę od mniszek Kletek. Kowalowi kazano narobić mnóstwo wrzeciądzów do zabijania domów zapowietrzonych i zabito dom Cichego. Już wtedy nie na żarty było morowe powietrze w mieście, ludzkie środki nie wystarczały — w Bogu tylko nadzieja! Więc panowie rajcy dali 3 złp. na wotywę u Franciszkanów przed Obliczem Pańskiem, czyli cudownym obrazem Przemienienia Pańskiego[3].

Ludzie padali jak muchy, mianowicie ubodzy, nie mogący się ustrzedz zetknięcia. Za bramami miasta po kilkoro tego leżało, a miasto żywiło ich chlebem. Grumarze nie chcieli ich chować, bo im się już uprzykrzyło i żadnego łupu z nich nie mieli; więc im musiano podwyższyć płacę i oprócz pieniędzy dawać gorzałki, mięsa i chleba. A straszni to byli ludzie ci grubarze zapowietrzonych! Nawet obawa śmierci niknęła w ich oczach przed ponętą łupu. W Starym Sączu był w tym czasie wypadek, że zapowietrzonego uduszono, aby zabrać jego mienie. W Nowym Sączu zaś grubarz,

  1. Act. Scab. T. 63. p. 362.
  2. Act. Scabin. T. 63. p. 366.
  3. Distributa f. 135.