Strona:James Oliver Curwood - Złote sidła.djvu/85

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Nachyliwszy się nad papierami Filip zauważył, że były pobrukane i zniszczone, jak gdyby oddawna już miała je w rękach. Opowiadały one osobistą historię młodej kobiety.
    — Wiem, narysowałaś je własnoręcznie do użytku Brama, — rzekł. — Okręty, psy, ludzie, walki, dużo walk... Przypatrzmy się temu bliżej...
    Cecylia drżała zadyszana, sądząc, że jest zrozumiana.
    Filip, którego serce biło nie mniej silnie, ciągnął dalej:
    — Tutaj, to „ty“, w środku tego pierwszego rysunku. To ty, z twoimi rozburzonymi włosami, walcząca z grupą ludzi, którzy chcą jakby zabić cię razami batów. Ależ, na Boga, co to oznacza? A tutaj, w górze, w rogu, okręt. Z tego okrętu wysiadłaś ty, nieprawdaż? Z okrętu, z okrętu, z okrętu...
    — Skunnert! — zawołała, dotykając okrętu palcem. — Skunnert... Siberien!...
    Szuner...[1] Syberia! — przełożył Filip. — To się tak nazywa, moja Cecylio. Spójrz tutaj.
    Wyjął swój atlasik kieszonkowy i otworzył go.
    — Zacznijmy nasze studia i rozważajmy.

    Jak poprzedniego dnia dwa ciała przytulały się drżące do siebie, w namiętnym szukaniu po atlasie. Pod zgięte ramię Filipa Cecylia wetknęła głowę i usta młodego człowieka dotykały niemal jej jedwabnych włosów. Serca obojga biły głośno wśród dookolnej ciszy. Naraz Cecylia odsunęła się nieco i wskazała mapę...

    1. Dwumasztowy, lekko spławny statek.