Strona:Jadwiga Marcinowska - Eliza Orzeszkowa, jej życie i pisma.djvu/90

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W izdebce swojej po nocach prowadził o tym z Sylwkiem i paru innemi długie a gorzkie rozmowy.
I dojrzewało nasienie nienawiści.
Wreszcie pewnego dnia, a raczej znów pewnej nocy przysunął Sylwek do Kępy twarz, od której buchało gorąco i ciężkim szeptem zapytał: „A czy, jeżeli nie oddają, nie można wziąć?“
Kępa drgnął i pobladł.
Chłopak coś mu dalej szeptał do ucha.
Kępa nagle zdmuchnął świecę, w ciemnościach zaszemrał naprzód pełen zgrozy wykrzyk: „Wielki Boże!“ a potym słychać było długie, długie szeptanie, pełne rozmyślań z jednej strony, a uniesień z drugiej, rozmowę dwu tych chorych, rozjątrzonych, zbuntowanych duchów.
Zamiarem Sylwka było ograbić dom Tarżyca, do którego uczuwał zawsze szczególny, niezrozumiały dla siebie samego żal i głuchą, zapiekłą w sercu wściekłość.
Gdyby Tarżyc własności swojej bronił, ano — to zabić.
Chłopiec nie wiedział, że się na własnego ojca zamierza, ale Kępa oczywiście pamiętał o tym żywo. Dlatego też w dniu stanowczym przez chwilę zapragnął wychowańca swego powstrzymać. Zamyślony smutnie tak mówił: „Nie tego pragnąłem, nie o tym marzyłem, nie takiemi sposobami zamierzałem pierwotnie odrodzić ludzkość. U punktu wyjścia mego była miłość, sama tylko przeczysta i przegorąca miłość, lecz wielki Boże! ileż żywiołów innych przybrała w siebie, tocząc się drogą pełną przeróżnych nadziei, zawodów i nędz...“
Długo, może godzinę całą, milczeli obaj. Potem szept Kępy głośny, wyraźny, rzucił w mrok jeden tylko wyraz: „Idź!“
Sylwek wstał i wyszedł z izdebki.
Koniec powieści taki, że istotnie w noc ciemną dostaje się Sylwek przez wyważone okno do mieszkania Tarżyca.
W pierwszym zaraz pokoju nie było światła, ale nagle błysnęła zapałka i zapalono świecę. Z poza stołu podniósł