Strona:Jadwiga Marcinowska - Eliza Orzeszkowa, jej życie i pisma.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


usta. Dopiero dzisiaj rozmowa z synem zerwała z jego serca kamienną pokrywę i otworzyła mowę. Byłoż to opowiadanie? byłaż to spowiedź? byłoż to usprawiedliwienie się przed dzieckiem, tak niezmiernie kochanym, a które mu dziś w oczy cisnęło gradem wyrzutów? Mówił, opowiadał, co się stało i działo po roku 1863, potym, gdy wszystko wpadło w wodę. Zdaje mu się, że setki lat od tego czasu upłynęły, tak wszystko zmieniło się dokoła niego i w nim samym. Zmienił się zaś nie odrazu, nie nagle, ale stopniowo, jak stopniowo rdza gasi blask i wyszczerbia ostrze zakopanego w ziemi żelaza; jak stopniowo szczupleją, tracą siłę i znikają nieużywane do ruchu członki ciała; jak stopniowo zmierzch wieczoru pochłania światło dnia; jak stopniowo ciemnieje w sobie, słabnie, gaśnie człowiek ciężko i nieustannie smutny.“
Była już druga po północy godzina. Rozmowa trwała jeszcze, ale serdeczna, pełna wzajemnego zrozumienia. Złączyła tych dwu ludzi powracająca w ojcu fala, uderzyły ich serca jednakim tętnem. Witold, jak niegdyś w dziecięcych latach, ramiona na szyję ojca zarzucił i rozpalonemi usty zcałował grube łzy, które po tej twarzy ściemniałej, ogorzałej, że zmarszczki na zmarszczkę ściekały. Syn uszanował, zrozumiał duszę ojca i zjadającą go długo rdzę cierpienia. Ojciec powtórną młodością odżył w wierze i dążeniach syna. Inaczej miało się odtąd ułożyć istnienie Benedykta Korczyńskiego, innym, bo odrodzonym miał stać się sposób postępowania z ludźmi i patrzenia na rzeczy.
Początkiem tego zwrotu było, że, o świtaniu rozstając się z synem, rzekł uśmiechnięty łagodnie: „No, no! prawdziwe dziwy! Jakby mię fala jaka ze dna wód gorzkich i zimnych na ciepłą murawę wyrzuciła. Chłopcze, pójdziesz tam do nich i powiesz, że tej kary sądowej nie żądam już, nie żądam. Istotnie za wielką jest, a w tym, że ich oszuści wyzyskują i do złego prowadzą, — moja wina! O miedzę z niemi żyję i palcem, aby temu zapobiedz, nie poruszyłem...
Ale nie siedź tam długo, bo przecież wspólnie ułożyć