Strona:Jack London - Wojna z polowaniem na mamuta.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zaimponował. Nie dał się przecież wystrychnąć na dudka. Mamucisko rozumiało, że o tyle będzie bezpieczny, o ile ja będę siedział, jak mysz, w szczelinie, więc zdecydował się nie wypuszczać mnie stamtąd na świat Boży. I miał rację djabelską, ale biedaczysko — nie przyjął pod uwagę tej roli, jaką odgrywa intendentura w czasie oblężenia.
Nie miał w pobliżu ani jadła, ani napoju, a więc i oblegać nie mógł mnie stale. Godzinami całemi stał przed szczeliną, nie odrywając oczu ode mnie i kłapiąc wielkiemi, jak prześcieradła, uszami, bo mu dokuczały komary. Nareszcie — co przewidywałem — zaczęło mu dokuczać pragnienie. Wtedy dreptał i deptał na miejscu i ryczał, aż ziemia drżała, klął mnie po swojemu na czem świat stoi, co mnie nie obchodziło wcale, gdyż do dziś nie wiem, na czem świat spoczywa, a wszystko to robił w tym celu, aby mnie przestraszyć. Gdy sądził, że już wywarło to na mnie dostateczne wrażenie, pocichutku, cofał się, starając się niewidocznie dla mnie dostać do strumyka. Czasami używałem wobec mamuta tego fortelu, że dopuszczałem go prawie do samej wody — do strumyka było kilkaset stóp — i w tej właśnie chwili wyskakiwałem ze szczeliny. Wówczas mamut biegł z powrotem, kołysząc się nakształt wielkiej bryły.
Parę razy postępowałem w ten sposób. I wyobraź sobie, że mamut zrozumiał mój wybieg. Powiedziałem ci, że mi zaimponował. A teraz dodam, że nie wyobrażałem sobie wcale, aby jakikolwiek mamut był tak dalece inteligentny, jak mój, który chwycił się teraz innej taktyki. Bez najmniejszego uprzedzenia, nie zdradzając niczem swego przebiegłego zamiaru, rzucał się co tchu ku wodzie, licząc na to, że zdąży tam i na powrót zanim ucieknę.
Uważasz, — chciał wygrać na czasie! Ale w końcu, zasypawszy mnie złośliwemi insynuacjami, obelgami i przekleństwami, nie zostawiwszy ani na mnie ani na mojej, w tym wypadku Bogu ducha winnej rodzinie, suchej nitki, ruszył, spiesząc się powoli do strumyka.
A swoją drogą — trzeba ci wiedzieć — przez trzy dni trzymał mnie w tej szczelinie, gdzie mi zbyt wygodnie jednak nie było. Następnie rozpoczęśliśmy znowu gonitwę i tym razem bez żadnej przerwy. Bezustannie w kółko, dookolusieńka, jak dobrze nakręcony zegarek.