Strona:J. Turgeniew - Z „Zapisek myśliwego”.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ach! Wasili Wasilewiczu, nie ja i nie pan możemy o takich ludziach mówić, ztąd znów? pilnuj szewcze kopyta! — Ależ, zmiłuj się pan — przerwałem ze złością — jakaż jest różnica pomiędzy mną a panem Orbassanowem? Sprawnik wyjął fajkę z ust, wytrzeszczył oczy i wybuchnął homerycznym śmiechem: — Ach! żartownisiu, żartownisiu! — przemówił nareszcie, zapłakany ze śmiechu. Już do samego odjazdu śmiał się ze mnie, trącał mnie od czasu do czasu łokciem i mówił mi: ty. Nareszcie odjechał. Tej tylko kropli brakowało, czara przepełniła się. Przeszedłem kilka razy po pokoju, zatrzymałem się przed lustrem; długo, długo patrzyłem na moją twarz zawstydzoną i powoli, wysunąwszy język, pokiwałem głową z gorzkim uśmiechem. Zasłona spadła z moich oczu i zobaczyłam wyraźnie, wyraźniej aniżeli swoją twarz w lustrze, jakim byłem pustym, marnym, niepotrzebnym i nieoryginalnym.
Na chwilę zamilkł.
— W jednej tragedyi Voltaira — ciągnął dalej — jakiś pan cieszy się z tego, że doszedł do ostatniej granicy nieszczęścia. Chociaż w moich losach niema nic tragicznego, lecz przyznam się, że doświadczyłem czegoś w tym rodzaju. Poznałem jadowite zachwyty chłodnej rozpaczy, doświadczyłem, jak słodko jest przez cały ranek, nie spiesząc się i leżąc w łóżku, przeklinać dzień i godzinę swego urodzenia. Nie mogłem spokornieć odrazu i w samej rzeczy, osądź pan: brak pieniędzy przykuwał mnie do znienawidzonej wsi, ani urzędowanie, ani literatura nie przystały do mnie. Od sąsiadów obywateli stroniłem, książki mi zbrzydły, dla wodnisto-pulchnych