Strona:J. Turgeniew - Z „Zapisek myśliwego”.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mnie traktować trochę szorstko, trochę z góry i nie dosłuchiwali tego, com mówił. Zapomniałem także powiedzieć panu, że w pierwszym roku po moim ślubie, z nudów, puszczałem się także na literaturę i nawet posłałem artykuł do gazety, jeśli się nie mylę, powieść; lecz po niejakim czasie otrzymałem od redaktora grzeczny list, w którym powiedziano było między innemi, że nie można mi odmówić rozumu, ale też nie można przyznać talentu — i że w literaturze potrzebny jest tylko talent. Prócz tego, doszło do mojej wiadomości, że pewien, jak najlepszy zresztą, młodzieniec z Moskwy, na wieczorze u gubernatora odezwał się o mnie, że jestem człowiek wyczerpany i pusty. Lecz moje, nawpół dobrowolne oślepienie się, trwało jeszcze wciąż. Nie chciałem się ostatecznie pognębić, aż nareszcie pewnego pięknego poranku otworzyłem oczy. Stało się to tak: przyjechał do mnie sprawnik z powiatu, ażeby zwrócić moją uwagę na rozwalony most w moich posiadłościach, którego rzeczywiście nie miałem za co zreparować. Przy wódce i rybie pobłażliwy ten stróż porządku po ojcowsku wymawiał mi moje niedbalstwo, wszedł jednak w moje położenie i poradził, abym kazał chłopom pozarzucać trudniejsze do przejazdu miejsca nawozem, potem zapalił fajeczkę i zaczął rozmawiać o zbliżających się wyborach. W owym czasie zaszczytnego urzędu marszałka gubernialnego dobijał się niejaki Orbassanow, pusty krzykacz i w dodatku łapownik, przytem nie odznaczał się on ani bogactwem, ani znakomitością rodu. Wypowiedziałem o nim moje zdanie i przyznam się, że patrzyłem na pana Orbassanowa z wysoka. Sprawnik popatrzał na mnie, łaskawie poklepał po ramieniu i dobrodusznie rzekł: