Strona:J. Turgeniew - Z „Zapisek myśliwego”.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ny blask świec woskowych bladł w wesołem świetle dnia wiosennego, wróble świergotały na całą cerkiew, pod sufitem dawał się słyszeć dźwięczny głos jaskółki, która tam wpadła; w złotym kurzu promieni słonecznych miarowo uchylały i podnosiły się jasne głowy chłopów, gorąco modlących się za nieboszczkę, błękitnym sznureczkiem dobywał się dym z otworu kadzielnicy. Patrzyłem na martwą twarz mojej żony. Boże! nawet śmierć, sama śmierć, nie wyleczyła jej rany; tak samo chorobliwy, nieśmiały, niemy wyraz, zdaje się, że jej nawet w trumnie nieswojo. Zrobiło mi się gorzko na sercu. Dobra była istota, a jednak lepiej zrobiła dla siebie, że umarła.
Policzki opowiadającego zaczerwieniły się, oczy pociemniały. — Otrząsnąwszy się nareszcie — mówił dalej — z przygnębienia, jakie mnie po śmierci żony opanowało, postanowiłem, jak to mówią, wziąć się do czegoś. Wszedłem do urzędowania w mieście gubernialnem, lecz w wielkich komnatach skarbowego domu bolała mnie głowa, oczy nie dopisywały również, dołączyły się też i inne przyczyny... i podałem się do dymisyi. Chciałem pojechać do Moskwy, lecz najpierw, nie miałem pieniędzy, a po drugie spokorniałem; przyszło to na mnie i odrazu i nie odrazu. Duchem spokorniałem już dawno, lecz głowa moja jeszcze nie chciała się nagiąć. Przypisywałem nastrój wielu uczuć i myśli wpływowi wiejskiego życia, nieszczęścia... z drugiej strony, zauważyłem już dawno, że prawie wszyscy moi sąsiedzi, młodzi i starzy, którym z początku imponowała moja uczoność, bytność za granicą i inne zalety mego wychowania, nietylko, że przyzwyczaili się do mnie, ale zaczęli