Strona:J. Turgeniew - Z „Zapisek myśliwego”.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niech dyabli wezmą — a oczy jej łzami zachodzą! Myślałem sobie, czy niema czego w jej przeszłości, zebrałem wiadomości, nie było nic. No, a teraz osądź pan sam: człowiek oryginalny wzruszyłby ramionami, westchnąłby ze dwa razy i żyłby sobie po swojemu, ja zaś, istota nieoryginalna, zacząłem przyglądać się belkom. W żonę moją do tego stopnia wgryzły się wszystkie przyzwyczajenia starej panny: Bethowen, spacery nocne, rezeda, korespondencya z przyjaciółmi, albumy, że do innego trybu życia, zwłaszcza do trybu gospodyni domu, żadną miarą przyzwyczaić się nie mogła, a przecież śmiesznie to wygląda, gdy kobieta zamężna męczy się jakąś bezimienną troską, a wieczorami śpiewa: „O nie budź jej, o nie budź jej!“ —
— Otóż w taki sposób przepędziliśmy szczęśliwie trzy lata; w czwartym roku Zofia umarła przy dziecku i rzecz dziwna, mnie się już przedtem zdawało, że nie będzie ona w stanie obdarzyć mnie córką, lub synem, a ziemi nowym obywatelem. Pamiętam, jakeśmy ją chowali; było to na wiosnę, nasza cerkiew parafialna niewielka, stara, ikonostas poczerniały, ściany nagie, podłoga ceglana, zniszczona. Wnieśli trumnę, postawili na samym środku, przykryli wypłowiałym całunem, postawili dokoła trzy świece; — zaczęło się nabożeństwo, diaczek szczupły, z małym warkoczykiem z tyłu, nizko podpasany zielonym pasem, smutnie odczytywał modlitwy; proboszcz równie stary, w liliowej kapie, z żółtemi ozdobami, śpiewał za siebie i za dyakona. Przez szeroko otwarte okna widać było świeże, młode liście brzóz płaczących, ze dworu wpadał zapach trawy, czerwo-