Strona:J. Turgeniew - Z „Zapisek myśliwego”.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiałą niebieską materyą w białe pasy, stół okrągły, dwie etażerki z zabawkami porcelanowemi z czasów Katarzyny; na ścianie portret jasnowłosej dziewicy, z gołąbkiem w ręku i przewróconemi oczami. Na stole wazon, pełen świeżych róż. Widzi pan, jak szczegółowo opisuję. W tej to sali, na tym tarasie rozegrała się cała tragi-komedya mojej miłości. Sama sąsiadka była to baba zła, z ciągłą chrypką gniewu w gardle, istota przykra i swarliwa. Z córek jedna, Wiera, nie różniła się niczem od zwykłych powiatowych panien, druga zaś, Zofia — ja zakochałem się w Zofii. Siostry miały jeszcze jeden pokój, była to ich sypialnia, z dwoma niewinnemi, drewnianemi łóżkami, z żółtemi albumami, z rezedą, z portretami przyjaciół i przyjaciółek, rysowanemi ołówkiem dość marnie, z biustami Goethego i Szyllera, książkami niemieckiemi, zeschłemi wiankami i innemi przedmiotami, zostawionemi na pamiątkę. Do tego pokoju wchodziłem rzadko i niechętnie; nie mogłem tam oddychać. Przy tem, rzecz szczególna, Zofia najwięcej mi się podobała wtenczas, kiedy byłem odwrócony do niej plecami, albo też, kiedym rozmyślał i marzył o niej, zwłaszcza wieczorem na tarasie; patrzyłem wówczas na niebo, na drzewa, na drobne listki zielone; w sali przy fortepianie siedziała Zofia i bezustannie wygrywała jakiś ulubiony frazes muzyczny z Bethowena, zła jejmość spokojnie chrapała, siedząc na sofie. W stołowym pokoju, w potokach światła, Wiera nakrywała do kolacyi; samowar szumiał, jakby się cieszył z czego, dzwoniły łyżeczki w szklankach, kanarek, który niemiłosiernie trzeszczał przez dzień cały, milknął, i tylko od czasu do czasu