Strona:J. Turgeniew - Z „Zapisek myśliwego”.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pochylił głowę i wzniósł rekę ku niebu.
— Jednak — ciągnął z zapałem — nie chciałbym, żebyś pan miał złe pojęcie o nieboszczce: była to istota najszlachetniejsza, najlepsza, kochająca i zdolna do wszelkich ofiar; chociaż przyznaję, że gdybym nie miał nieszczęścia jej utracić, nie rozmawialibyśmy teraz z sobą, albowiem jeszcze dotychczas istnieje w mojej stodole belka, na której niejednokrotnie chciałem się powiesić. Tak panie, jest pewien gatunek gruszek, które muszą przez jakiś czas poleżeć w piwnicy, pod ziemią, aby nabrały właściwego smaku, otóż, zdaje się, że żona moja należała właśnie do takich tworów natury. Teraz dopiero oddaję jej zupełną sprawiedliwość, teraz dopiero wspomnienia o niektórych wieczorach, przepędzonych z nią razem, jeszcze przed ślubem, nietylko nie wzbudzają we mnie najmniejszej goryczy, lecz przeciwnie, wzruszają prawie do łez. Byli to ludzie niebogaci: dom ich stary, drewniany, lecz wygodny, wznosił się na górze, pomiędzy zdziczałym ogrodem i zarosłym trawą dziedzińcem. Pod górą płynęła rzeka, którą ledwie można było dojrzeć przez gęstwinę ogrodu. Z domu do ogrodu prowadził taras, przed tarasem był klomb podługowaty, okryty różami, na każdym końcu klombu rosły akacye, splecione w młodości jedna z drugą, przez nieboszczyka właściciela; nieco dalej w gęstwinie malin stała altanka, bardzo fantastycznie pomalowana w środku, ale tak stara i wątła na zewnątrz, że przykro było na nią patrzeć. Z tarasu drzwi oszklone prowadziły do sali, tam w kątach stały piece kaflowe, na prawo rozklekotany fortepian, zawalony rękopiśmiennemi nutami, sofa, obita spło-