Strona:J. Turgeniew - Z „Zapisek myśliwego”.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszyscy goście, ma się rozumieć, zupełnie podzielali zdanie opowiadającego i ożywili się pod wpływem przyjemności i nauki moralnej.
Po obiedzie całe towarzystwo podniosło się i przeszło do sali, z wielkim, lecz jednak przyzwoitym i, jakby na ten wypadek dozwolonym, hałasem.
Usiedli do kart.
Doczekałem się jakoś wieczoru i, poleciwszy swojemu stangretowi, aby nazajutrz zaprzągł do bryczki około piątej godziny rano, udałem się na spoczynek. Lecz tego samego jeszcze dnia wypadło mi poznać pewnego, zasługującego na uwagę, człowieka.
Z powodu bardzo licznego zjazdu gości, nikt nie spał sam. W niewielkim i wilgotnym pokoiku, do którego mnie wprowadził kamerdyner Aleksandra Michałowicza, znajdował się już inny gość, rozebrany zupełnie. Zobaczywszy mnie, skoczył zgrabnie pod kołdrę, nakrył się nią aż do nosa, trochę pokręcił się na miękkim piernacie i bacznie spoglądał z pod na same oczy nasuniętej, bawełnianej szlafmycy. Ja zbliżyłem się do drugiego łóżka (było ich dwa w pokoju), rozebrałem się i położyłem na wilgotnem prześcieradle. Sąsiad mój kręcił się na swem posłaniu: powiedziałem mu dobranoc.
Przeszło pół godziny; pomimo wszelkich usiłowań, nie mogłem zasnąć. Nieskończonym szeregiem różne myśli niepotrzebne i niejasne cisnęły się do głowy uporczywie, niby wiadra maszyny ciągnącej wodę.
— Zdaje mi się, że pan nie śpi — odezwał się mój sąsiad.
— Jak pan widzi, lecz i pan nie śpi także.