Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/88

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    wodzicowej nie napada z takim hałasem i z wozami pełnemi chłopów... Suponuję, że to prawda, iż się tu jakiś samozwaniec ukrywał, można było o niego inaczej reklamować.
    — A cóż się stało! hę! — krzyknął Mazanowski.
    — Stało się niepotrzebne larum — odparł Koniuszy, które jest dla nas obelżywem. Należało poszanować rezydencyą.
    — Która zbiegłych chłopów przechowuje! — zaśmiał się Mazanowski. My naszego dobra wszędzie poszukiwać mamy prawo.
    — Tylko ichmość powinniście naprzód dowieść, że ono wasze, a tu dowodów nie ma — odparł koniuszy.
    — Okażą się dowody! — zawołał Mazanowski.
    Wysocki go począł w bok trącać.
    — Daj bo ty pokój! dosyć już tego.
    — Ja tylko to dodać muszę — zawołał niedający się pohamować Mazanowski, że okaże się li, iż państwo przez jakąś powolność protegujecie a ukrywacie zbiega, naówczas książę się o szkody swe upomni, nie podaruje...
    Koniuszy się rozśmiał, a że w dziedzińcu czeladź stała, okazując Mazanowskiemu despekt jawny — odwrócił się od niego do czeladzi i rzekł:
    — Hryćko! konia mi okulbacz — a drugi niechaj jedzie z tym listem com mu dał. Wańka, do rznięcia sieczki! Czego stoisz?
    Mazanowski stał nie mając mówić do kogo. Nie było też tu co robić, konfuzyi doznał tem większej, że co było ludzi we dworze, słuchało i patrzało na nią.
    Zły bardzo żachnął się leśniczy Radziwiłłowski; chciał się już żegnać, nie było z kim. Plunął i poszedł do bryczki.
    Wysocki mrugnąwszy nań, aby do miasta, do gospody jechał, sam został. Dopiero gdy Mazanowskiego odchodzącego posłyszał, zwrócił się twarzą ku niemu Drobisz.
    Popatrzyli sobie w oczy.