Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/84

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Jacek milczał.
    — Zadają mi żem nie szlachcic — rzekł Jacek otwarcie — ja się nie mam czem wywieść, zdajdą łatwo pozory, zgubią mnie.
    Panna Barbara brwi ściągnęła.
    — Nie szlachcic! — zawołała — możeż to być?
    — Sierota jestem, nie wiem — rzekł Jacek — co, a gdyby tak było?
    Łowczanka westchnęła głęboko, i zaczęła się przechadzać po pokoiku. Zadorski widział jak zacisnąwszy usta, cicho płakać zaczęła. Stał jak winowajca.
    — Nie szlachcic! — powtórzyła — więc chłop! poddany czyjś!
    Wzdrygnęła się i tupiąc nogą — krzyknęła gniewnie:
    — To nie może być!
    Zbliżyła się do Jacka.
    — Mów, to być nie może.
    — Ja nie wiem — odparł chłopak — ja tu kłamać przed wami nie mogę. Byłem przez was szczęśliwy, daliście mi zakosztować choć nadziei, nie godzi się abym wam się wypłacał zdradą! Muszę uchodzić! wszystko przepadło.
    Panna rozpłakała się głośno.
    — O Boże wszechmogący, co tu począć! Jam się przywiązała! Wstyd! Srom, żal, choć umierać.
    Upadła na krzesło, a Jacek na kolana padł przed nią.
    — Przebaczcie mi, nie przeklinajcie mnie, panno Barbaro, a niech wam Bóg da szczęście...
    I całował ją po nogach.
    W tem Łowczanka się zerwała z siedzenia.
    — Słuchaj — rzekła stanowczo — jedź szukaj sobie szlachectwa gdzie chcesz, jak chcesz... Ja będę czekała, będę czekała choćby dwadzieścia lat! Ty sobie musisz znaleść krewnych i klejnot. To nie może być, aby nas tak Pan Bóg opuścił?