Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/41

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Kiedy ludzie nad takiemi chrześciany jak oni są, litości nie mają, choć nas Chrystus wszystkich krwią swoją odkupił — cóż za wina, że my się kłamstwem wyzwolić chcemy! Chcieliśmy tobie ulżyć losu... Nie wie żywa dusza w świecie, zkąd ty rodem, śledzić nikt nie myśli. Nie dochodzą teraz szlachectwa. Znam ja sam takich co się z chłopstwa wywlekli, i nikt ich tropów nie szukał...
    — A! — począł stary zniżając głos, jakby się obawiał aby go ściany nie zdradziły — a! nie mało to kosztowało kłopotu i grosza, pókim ja ciebie zataił, za umarłego podał i za sierotę szlachecką do szkół posłał... Tyś niewdzięczny...
    Jacek chwycił go za rękę.
    — Ojczuniu, nie zrozumieliście mnie — podchwycił — wiem ci ja co wam winienem, a kocham was nad świat cały, ale nie boleść że to kryć się i was zapierać? A co będzie dalej?
    — Co będzie dalej? — śmiało zawołała matka — myśmy starzy, zemrze się nam, zawiozą na mogiłki... tajemnica do grobu pójdzie z nami. Alboż by ojciec i matka rodzeni cię zdradzili?
    Widząc, że rodziców zamiast rozradować przybyciem swem i pocieszać czem pomyślnem, zasmucił żalami, wstrzymał się od nich Jacek. Posypały się pytania o dwór, o księżnę, o tych pod czyjem zwierzchnictwem Jacek zostawał. Opowiadał im o Koniuszym, o towarzyszach, o tej ciekawości jaka go ścigała — wreszcie westchnął zwierzając się matce ze swej miłości dla Łowczanki.
    — Co mam mówić — dodał — panna mi sprzyja, rodzice też źle nie patrzą, ale jak też tu sięgnąć po szlachecką córkę, a nuż się wyda? Wtedy już oni tej hańby z siebie nie zmyją, chyba krwią moją. Porzuciłaby żona, wyparli się wszyscy...
    Matka go ściskać zaczęła.
    — Co bo tobie w głowie! — zawołała — dla czego się wydać ma? jakim sposobem? Przecież cię z poddaństwa wykreślili gdy ojciec podał za umarłego, nikt nie