Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Zadora.djvu/108

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    przez córkę zawiadomiona nie była, i pannę Barbarę, zawsze chodzącą w czerni, po raz pierwszy w białej sukni i z kwiatem we włosach.
    Miało to też swe znaczenie, a Podsędek po cichu rzekł sobie w duchu:
    Oleum perdidi! nie mam tu co popasać!
    Witała Łowczyni bardzo czule przybyłego, a Barbara wesoło, ale nie okazując zbytniego poruszenia i ze skromnością wielką. Łowczy zakłopotany wielce z okazyi Podsędka, jak okradziony szedł, nie śmiejąc i spojrzeć na niego.
    Zaczęto wypytywać, gdzie przebywał pan Jacek, na co on ogólnie jakoś odpowiedział, że po kancellaryach pracował, ostatnio zaś u Ks. Podkanclerzeg, któremu był wielce obowiązany.
    Po wsiach, gdzie do starego porządku ludzie przywiązani byli i, mimo patryotyzmu, nowym reformom nie bardzo byli radzi, Kołłątaj nie był w wielkiej estymie, zmilczano więc posłyszawszy o nim.
    Podsędek zrobił minę jakby powiedzieć chciał:
    — Oj! to ptasio!
    Męzka połowa towarzystwa, Łowczy i Podsędek, oba frasobliwi, gdy Jacek z kobietami rozmawiać zaczął, dali sobie znak i wyszli.
    Nie mówiąc słowa doszli tak do połowy izby jadalnej obok siebie w takt równy stukając. Tu podnieśli głowy, popatrzali się sobie w oczy i Podsędek wydał z głębin piersi szerokich westchnienie potężne.
    Łowczy na to nie słowem ale ruchem rąk na piersi położonych, potem szeroko rozciągniętych, odpowiedział.
    Stali milczący.
    Z ruska tedy ozwał się Podsędek, bo miał zwyczaj niekiedy zarywać tym językiem:
    Propau Sawka z dudami!
    Na co Łowczy, nie śmiejąc go dłużej uwodzić nadzieją próżną, szepnął: