Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Wielki świat małego miasteczka 02.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
( 52 )

ustach. Drugi był wesół i młody, podarty kapelusz niedbałe włożył na głowę, frak zużywany pewno od dwóch pokoleń wisiał na nim jak na kołku, szare spodnie w paski uwijały się około nóg, a skrzywione z podniesionymi do góry noskami bóty, wyglądały jak dwie płozy do sanek. Po przywitaniu zaczęła się rozmowa.
— A co tam słychać panie Macieju?
— Wszystko po staremu, roboty mało, pieniędzy niema.
— Dawne to baje mospanie, a żona Waszeci jak się ma.
— At! zdrowa na utrapienie moje, toć mi to jeszcze łeb boli, od jej krzyku.