Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Wielki świat małego miasteczka 01.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
( 45 )

pań mię przestraszył, a widok spoczywających dwóch armatek, tysiąc wspomnień nawinął; wchodziemy na dziedziniec i widzim w całej okazałości pałac, spustoszały i ciemny. Na tle jasnego nieba malują się ostre jego wieżyczki, okryte blachą połyskującą od promieni księżyca, przez większą część niezakrytych okien połyskują gwiazdy, a wiatr świszczący po próżnych pokojach i salach, zdaje się być gońcem duchów, które zajęły po ludziach to siedlisko. Posępny puszczyk odzywa się w zrujnowanej kaplicy, a szczęka wieloryba zawieszona u wchodu, którą lud żebrem wielkoluda zowie, bieleje w starożytnym krużganku.