Strona:Józef Ignacy Kraszewski - W starym piecu.djvu/77

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kim jakimś smutkiem, takim bólem, że komornik się zastraszył.
Upadła na kanapę i dodała zimniej:
— Dziękuję ci... bardzo dziękuję. Wybawiłeś mnie z wielkiego niebezpieczeństwa.
Jakby sobie coś przypomniała, zawołała do drugiego pokoju na starą towarzyszkę, aby jej dała papier i pióro.
— A to na co? — spytał komornik.
— Napiszę panu!
Pampowski się oburzył i chwycił za kapelusz.
— A to cóż znowu? — odparł. — Dobranoc pani.
Wdowa wstała przeprowadzając go do drzwi. Była zmienioną, inną, smutną, lecz z uczuciem ścisnęła mu rękę, głosem łagodniejszym dodając pocichu:
— Pan jesteś tak... delikatny, żeś gotów nie śmieć potem przyjść, aby to nie wyglądało, że się przypominasz. Otóż proszę pana, bywaj u mnie codzień, bardzo proszę, pan mi jesteś potrzebny, ja w panu mam opiekuna! Ci wszyscy, ta młodzież, to funta kłaków niewarta!
Niezmiernie czule pożegnany, potoczył się Pampowski po wschodach — szczęśliwy!
Serce mu się tłukło w piersi, mówił sobie, że na ten raz kochał i był kochany. Raj się przed nim roztaczał.
A Maniusia?
Czuł dla niej — litość serdeczną, wielką, którą szczęście doznane powiększyło tylko. Chciał, aby i ona i Karolka i wszyscy jeneralnie byli szczęśliwi. Cały świat, oprócz tych trutniów, na których Henryka się skarżyła.
Śpiewając doszedł do domu, i staranniej niż kiedykolwiek rozpoczął swą toaletę wieczorną.
Zęby, które wyjął z ust, wydały mu się wymagającemi odnowienia. W takiem położeniu w jakiem się znajdował, nie wypadło na nic żałować. Tupet mógł także dostać zastępcę.