Strona:Józef Ignacy Kraszewski - W starym piecu.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Biorę panów za świadków, że mi siostrę bałamuci. To jest niepoprawny człek, tylko co się sparzył i znowu w ogień leci na oślep.
A dajże mu harbuza, Albinko, zlituj się, aby znowu rozmarzywszy się nie chorował.
— My się porozumiemy — odpowiedziała panna żartobliwie, spoglądając na brata znacząco — a ja zapobiegnę by się nie rozmarzał zbytecznie.
Stół już czekał ustawiony do wista i nie tracąc czasu gospodarz podał karty do wyboru.
Śmiech znowu, bo dama kierowa dostała się komornikowi, który dawał żartować z siebie i choć pomięszany, był w humorze w jakim go nie widywano.
Grali tak do jedenastej, panna Albina już się przy pożegnaniu nie pokazała.
Pampowski wyszedł pijany.
Pierwszą myślą jego było pójść do kościoła i Panu Bogu podziękować za cud jaki się dokonał. Panna Albina jego żoną!... Nareszcie on, ów wydziedziczony, zrozpaczony, miał dostąpić tego szczęścia i posiadać młodą, dystyngowaną, piękną, dobrą żonę!... Nie wierzył sobie samemu, powtarzać musiał usłyszane słowa, napawał się niemi.
Wprawdzie o miłości tej idealnej, która wchodziła jako część składowa do jego marzeń, wcale tu nie było mowy, główny przycisk kładła panna na szacunek, lecz miłość obudzić się, rozwinąć i przyjść musiała.
Że świat tego wieczora wydał się komornikowi daleko przyzwoitszym, logiczniejszym i niepodobnym do Schoppenhauerowskiego, niedziwna. Pojęcie świata my nosimy w sobie, a widzimy go takim jak go ubarwią oczy nasze.
Pampowski mimo deszczu, który go napadł w drodze i małej burzy przeciągającej nad głową, biegł do domu, znajdując powietrze, gromy i ulewę nader przyjemnemi.
Co się z nim potem działo, gdy się znalazł pod dachem, z którego wychodził niedawno z programem