Strona:Józef Ignacy Kraszewski - W starym piecu.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stępującego roku przypadał termin półroczny, który o losie komornika stanowił.
Zima upływała niezmieniając stosunków osób któreśmy poznali. Pampowski bywał u swojej narzeczonej i, pomimo zasklepienia swojego, tak różne spotykał tam usposobienia, ludzi, zabawy, humory, iż częstokroć powracał zgryziony i przywiedziony nieraz do rozpaczy. Gdy przyszedł z miną posępną, chmurny, milczący, wdowa go poufale po twarzy głaskała i kazała mu być wesołym, wzywając go do tego w sposób dosyć rubaszny. Czynione jej uwagi przyjmowała cierpliwie, lecz one nie wpływały bynajmniej na zmianę życia. Z kassy narzeczonego czerpała teraz bez ceremonii, w sposób zagrażający jej, a marnowała pieniądze straszliwie.
Fantazye miała pańskie i nie długo trwające. Gdy zażądała czego, musiała to mieć, i komornik, jeśli się zawahał, spostrzegał ze smutkiem, że go ktoś już wyprzedził.
Do domu, który wkrótce zmieniła na apartament daleko wykwintniejszy przy ulicy Miodowej, uczęszczały teraz tłumy coraz nowych gości, tak że Pampowski rzadko znajdował chwilę taką, aby z nią mógł mówić sam na sam...
Henryka zdawała się patrzeć z ciekawością na swego narzeczonego, badając jakie na nim wrażenie robi jej — swawola. Pampowski bolał ale nie cofał się.
Obok niego równie rozpaczliwie zakochanym był baron Mahlhagen, z którym kłótnie się trafiały, kilkodniowe gniewy, — rozstania, a potem baron z nosem na kwintę powracał.
On i komornik, patrzali na siebie koso, nieprzyjaźnie, lecz rozkaz zapewne wydany obu przez gospodynię, wstrzymywał ich od kolizyi, kłaniali się sobie zdaleka nigdy nie mówiąc do siebie. Gdy sam na sam znaleźli się w salonie, Pampowski patrzał w jedno okno, a baron w drugie.