Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Gdy się spotkamy w Kurzeliszkach — co nastąpi wkrótce — daj mi pan pokój z Piatnickim.
Zubko, który ciągle się mu jeszcze przypatrywał, rozśmiał się wkońcu.
— No — zgoda! zgoda! — rzekł — choć — jeszcze raz powiadam, przysiągłbym, że mnie Bundrowicz panu prezentował w Kamieńcu, i żeśmy razem z nim i z panem byli potem na winie u Bałandzicza.
Czuryło ruszył ramionami w osobliwszy sposób, usta oddął — nie odpowiadał nic — długo.
Zubko, który był chłopak żwawy, zakochany i gotów korzystać ze wszystkiego, aby swe sprawy serdeczne na dobrej stopie postawić — podszedł ku niemu, poufale chwytając go pod rękę.
— Więc zgoda! nie gniewaj się pan na mnie, a gdy ten nieszczęsny Piatnicki nas zbliżył do siebie, pozwól-że, abym się jego względom polecił. Przy zdarzonej okoliczności, przemów za mną dobre słowo. Mój drogi p. Czuryło!
Chłopcu zdało się, że bardzo rozumnie postąpi, gdy ubogiego rezydenta ujmie sobie jakim podarkiem. Było to wówczas tak bardzo we zwyczaju, że się tem nikt nie obrażał.
Ciągnął więc dalej — głos zniżywszy:
— Ręka rękę myje — ja pewnie się znać będę na wdzięczności. Słowo daję. Źrobaka czy kilkanaście czątych masz u mnie do dyspozycyi, z duszy serca.
Gdy to mówił, Czuryło, którego był uchwycił pod rękę, wywinął mu się nagle — najprzód się namarszczył, potem pod boki wziąwszy, jak się nie pocznie śmiać: — Zubko osłupiał. Patrzał na niego, a ten boki zrywa: ryhocze, ryhocze a skończyć nie może.