Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szy zsyła na was za to swe błogosławieństwa, I cisnął starego w objęciach, a popłakali się oba. Podkomorzy przekonanym był, iż na tem się już wszystko skończyło, mruczał coś, nieśmiejąc wrócić do pierwszego przedmiotu Dano znać do wieczerzy i rezydent otarłszy starannie oczy, uspokoiwszy się, przybrawszy powszednią swą postać i twarz, poszedł zwolna do stołu. Tu cały czas mowa była o Wojewodzinie, słuchał więc tylko, nie przerywając. Pani Szczepanowa zauważyła, że był smutny i pogrążony w sobie. Zapytano go co mu jest, przyznał się, że był nie bardzo zdrów. Pan Szczepan śmiejąc się, radził mu trochę spoczynku, i przypomniał, że w starszych latach takie ciągłe jeżdżenie konno, długie przechadzki, niezawsze służą — życzył wyleżeć się, wydychać.... nie tak bardzo ruszać z domu.
Po wieczerzy, poszedł Czuryło dać jeszcze dobranoc staremu, i prędzej niż zwykle do swej oficyny powrócił.
Drugiego dnia, mimo wczorajszego niezdrowia, wyjechał zrana do Borków, a powracając wstąpił do proboszcza, gdzie dopóźna zabawił. Gdy do dworu przyjechał, Podkomorzy w łóżku już leżał i nie szedł nawet do niego. Jarmużka tylko, wedle dyspozycyi, dał znać panu, że Strukczaszyc nareszcie przybył. Ludzie uważali, jak mówili później, że w oficynie się świeciło bardzo długo. Na brzask się zbierało, gdy niosąc swe juki w ręku, co stróże widzieli wartujący przy dworze, wyszedł Czuryło z oficyny, udał się do stajni, konia sobie osiodłał, przytroczył do siodła zawiniątka, i cicho z podwórza wyruszył. Lecz, że to się nie jeden raz trafiało — nikt się temu nie dziwował. Rano, gdy na Jar-