Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozśmiał się ogrodniczek.
— A! jakże, proszę pana-bym nie wiedział — toż — Czuryło.
— Czuryło! jesteś pewny, że Czuryło? — spytał zdziwiony Wałowicz.
— A! juścić, toć on u nas lat nie wiem wiele, ja jeszcze gęsi pasłem, gdy on tu już był. Podkomorzy go bardzo lubi. I to — dobry człowiek. Dobry, a pan go zna?
— Ja? a zkąd-że? Czuryło? — powtarzał Wałowicz.
Ogrodniczek stał długo i śmiał się z tego nieznajomego, który mógł niewiedzieć o Czuryle. Zdawało mu się to dziwacznem. Naokół cały świat znał Czuryłę!
Wałowicz powróciwszy z ogrodu, siadł w ganku zadumany. Tu mu wyniesiono lampkę wina, którą się pokrzepił. — Humoru mu jednak nie poprawiła. Wrócił do domu zadumany wielce i frasobliwy.
Wieczorem późno, gdy Wojewodzina siedziała w gabinecie zmęczona i znudzona — wszedł Wałowicz, którego twarz, znającej go dobrze pani, oznajmiła, że coś miał ważnego do powiedzenia.
— Cóż tam, mój Jerzy? z czemś przychodzisz! — spytała.
— E! nic — rzekł kamerdyner — nic.
— Coś jest przecie.
— Mała rzecz.
Chrząknął. — Jak pani kiedy będzie znowu u Podkomorstwa — proszę zapytać: co-to oni za rezydenta tam mają?
— Jakiego rezydenta? nie widziałam tam żadnego.
— A ja widziałem — rzekł stary. Zbliżył się do stołu.