Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jest klauzuła i tu — Woroszyłowie tęga, stara szlachta, żaden z nich niczyim pono plenipotentem nie bywał. Pan Adryan ma mały prawda folwarczek, chat dziesiątek, ale panem jest u siebie; zechceż się on zaprządz do takiej ciężkiej pracy?
— Hm, ozwał się Czuryło — a będziesz go pan rekomendował? No — to ja wezmę na siebie, że się podejmie.
— Ty, weźmiesz to na siebie!
— Zobaczy pan, ja go nakłonię — dodał Czuryło.
Pomilczeli trochę.
— Wiesz asindziej — rzekł Podkomorzy — iż nigdym go jeszcze takim gorącym nie widział jak oto dziś w interesie p. Wojewodziny.
— Dowód to dobrego serca — nie przeczę, ale — chandra! U asindzieja tak wszystko z gorączki idzie. Niema co się śpieszyć. Będzie na to czas. Gdybyś ty był łaskaw lepiej o to teraz, póki ja nie odmówię pacierzy, trochę się przeszedł koło gospodarstwa.
Posłuszny Czuryło, wziął czapkę i ruszył.


Młody Woroszyło, o którym wspomniał p. Strukczaszyc, miał maleńką wiosczynę, o dwie mile, którą zwano Borki. Po ojcu wziął w niej pięć chat, a drugie pięć stryj, ksiądz proboszcz, mu odstąpił, razem dwie schedy tworzyły folwarczek, na którym się prawdziło przysłowie: — Maciek posiał, Maciek zjadł. Ale p. Adryanowi do szczęścia nie było wiele potrzeba: surowo wychowany przez stryja, nie przywiązywał zbytniej wartości do mienia, zdrowy kawałek chleba był mu wystarczającym. Dodać trzeba do tego, że p. Adryan od dwóch lat się ożenił z miłości, z panienką, która mu wniosła serce naj-