Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na swoje ramiona brać odpowiedzialność taką? na co? po co? gdzie? jak? dlaczego?
Czuryło zmilkł trochę.
— Hm — albo-to ludzie ludziom nie powinni pomagać?
— Aleś ty jej w życiu nie widział?
— Pan Podkomorzy przecię mówi, że litość go brała?
— Brała — to pewnie — a no, od litości do takiej ofiary jak asindzieja, za cudze grzechy — daleko.
Po krótkiem milczeniu, zaintrygowany wielce Podkomorzy spytał:
— Proszę-ż cię — Czuryło — mówiłeś o człowieku? kogo miałeś na myśli?
Zapytanie pozostało bez odpowiedzi, musiał je nawet powtórzyć drugi raz Podkomorzy — aż dopiero, odwróciwszy się doń i zbliżając do krzesła — rzekł Czuryło niby żartobliwie:
— Po co tu panu znać człowieka? Zna pan mnie — ja za nim stoję i za kark go trzymam. Jak się Podkomorzemu zdaje — czy ja mogę zasłużyć na wiarę?
— Ale tybyś się zamęczył! — krzyknął Podkomorzy — toć to gorzej niż pług ciągnąć po kamieniach. Sam, powiadasz, że nie chcesz być na widoku.
— Niech Bóg broni.
— A no widzisz, i myślisz że człowieka sobie dobrawszy na cieniaka, dasz mu rady! To ci się jak węgorz będzie z rąk wyślizgał.
Czuryło nie nalegał — Podkomorzy też zwrócił na co innego rozmowę, bo miał o czem rozprawiać. Dopiero, gdy sobie dobranoc dali i rozstali się, a stary w głowie wszystkie dnia wypadki nanowo zaczął przechodzić, uderzyło go to mocno, że się