Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przepraszam państwa — mam taki brzydki zwyczaj, mówić co mi na myśl przyjdzie i robić co mi się zachce; a za stara jestem, aby od tego odwyknąć. Muszę się państwu bardzo dziwną wydawać.
— Ja tylko — przerwał Podkomorzy — mogę za to assekurować, iż szczerą kompassyą mam nad jej stanem, a przytem i nadzieję, że z czasem wszystko się to zmieni na lepsze.
— Ja już się tego nie spodziewam — westchnęła Wojewodzina. Znudziło mnie życie, i świat i ludzie, wszystko mi obojętne. Jakotako — dożyję do końca.
Najsmutniejsza-to rzecz — dorzuciła poruszając się na kanapie i spierając na dłoni — że — ja nawykłam do rozrzutności, do wygód, do życia pańskiego, a po ojcu, jak widzę — w spadku biorę ruinę. Na interesach się wcale nie znam, nie rozumiem ich. Wiem żem pieniądze mieć powinna — a tu — tu ich widzę, braknie. Co tu robić?
Pytanie rzucone było do rozwiązania trudnem. Stary p. Kazimierz głową potrząsał.
— Moja mościa dobrodziejko — rzekł — czasy ciężkie dla wszystkich. W interesach, trzeba kogoś wziąć, coby się dobrze rozpatrzył, długi polikwidować, potrzeby ograniczyć....
— Wiele pan wymagasz odemnie — odezwała się Wojewodzina — ja — nie mam dzieci. Co się po mnie zostanie, wszystko mi jedno, chciałabym tylko mieć co jeść do końca i głowę spokojną.
Znowu stary głową począł wodzić — i cmokać.
— Człowieka asindzce trzeba — rzekł — a któż-by właściwiej mógł usłużyć nad p. Wojewodę?
Wojewodzina wybuchnęła.
— Daj-że mi pan z tym nudziarzem pokój!