Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cerz, który golił go zwykle, gdzieś się zadział — nie było na to sposobu — a i pora też popołudniowa nie sprzyjała operacyi. Umył się tylko świeżo staruszek, a gdy z bicza trzaskanie dało się słyszeć, posłał Jarmużkę, aby zobaczył jak to tam było.
Czuryły i tego dnia nikt nie mógł nigdzie wyszukać.
Podkomorzy siedział niecierpliwiąc się, i nie chciał widzieć przybyłej — i ciekawy był. Gdyby mu tusza i nogi pozwalały, byłby niemal zajrzał przez dziurkę od klucza. Upłynęło z pół godziny, gdy p. Szczepan nadbiegł. Wojewodzina pragnęła złożyć uszanowanie wujowi.
— Ale — gdzie zaś — tu — u mnie! ani myśleć, rumianek słychać, porozrzucane. Prowadźcie mnie, to już pójdę.
Szczepan podał rękę z jednej strony, na plecach Jarmużki oparł się z drugiej pan Podkomorzy, i tak się do sali wytoczył.
W środku jej stała właśnie owa głośna ze trzech mężów Wojewodzina, cała w czerni ubrana, na której trocha klejnotów świeciło.
Ubiór był smakowny, lecz nie nazbyt wytworny, do pewnego nawet stopnia zaniedbany. — Twarz ubielona i uróżowana, wydawała się dosyć młodą, ale zmęczoną i smutną; w czarnych oczach nie widać było ani ochoty do życia, ani ciekawości jutra. Zdały się patrzeć tak jakby już wszystko widziały i nie pragnęły niczego więcej oglądać. W ustach też była jakby lekka wzgarda — i szyderstwo... Z tem wszystkiem osoba i twarz nie obudzały wstrętu, nawet w tych, co mieli uprzedzenie i gotowali się Wojewodzinę odepchnąć — raczej litość jakąś i zdumienie.