Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Sekret pana Czuryły.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Mortchel zdumiewał się tylko nad kosztownością i mnogością przywiezionych rzeczy, i obrachowywał metodą izraelską — ile to i jak niezmierne summy mogło kosztować.
— Proszę, jaśnie pana, mówił, ja już nie jeden dwór pański widziałem, co to gadać? — a takich zbytków dla jednej osoby, to chyba w królewskich pałacach — widzieć. Teraz starego budynku i nie poznać. Świeci się wszędzie, błyszczy, oczy bolą, a takie oni rzeczy poprzywozili, co ludzie na wszystkie strony obracają, i nie może wiedzieć nikt, czy to do nabożeństwa, czy do zabawy służy.
Ruszał ramionami, mocnego doznawszy wrażenia Mortchel, a cokilkanaście słów powtarzał, iż życzyłby swoim dzieciom mieć to na majątek, co to wszystko kosztowało.
Przeciągnęło się jeszcze dni kilkanaście, gdy... jednego rana, ten sam Mortchel zadyszany, oklep przybiegł na koniu do Kurzeliszek, wpadł wprost do Podkomorzego i zawołał z zapałem ogromnym:
— Przyjechali!
Zrazu jakoś nie opamiętał się stary. Kto — i co? ale Mortchel dodał, że na swoje oczy widział karetę w sześć koni, drugą w cztery konie, bryczkę i furgon.
Po całym domu rozniosła się wiadomość, że wojewodzina przybyła, — a zarazem Czuryło gdzieś zniknął.
Właśnie go nie stało, gdy stary potrzebował się rozgadać o tym wielkim fakcie, który z problematycznego stał się dokonanym.
Nierychło, bardzo nierychło przywlókł się Czuryło i usiadł na sepecie.
— Więc tedy jest wojewodzina... no! stało się... zawołał Podkomorzy — co ma być, będzie!