Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Roboty i prace.djvu/78

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    Płocki się roześmiał głośno...
    — Nie miéjże mnie za dudka! użyję może tych wyrazów gdzieindziéj, ale nie mówiąc do ciebie... Bliźni, ludzkość, dobro ogólne! czcze to i dawno spłowiałe słowa, które, jak stare dekoracyje zbyt długo służyły na teatrze... nie czynią już one złudzenia, ludzie się przekonali, że to są szmaty pomazane wiechciem, nic więcéj. Ty wiész, że każdy bliźni to nieprzyjaciel, a ludzkość materyjał, z którego się rozumu i piéniędzy dorabia, krowa dojna i po wszystkiém...
    — Mówże cicho, — odparł Piętka, — a nuż cię kto posłyszy, zdradzisz się ze swoim pamfilem...
    — Złożyłbym to na ekscytacyją ponczową — odrzekł z uśmiéchem Płocki... — Przed tobą nie mam tajemnic.
    — Dlatego, że wiész, iż ich miéć nie możesz dla mnie.
    — Zapewne! potwierdził Płocki — dlatego dziś mówię z tobą otwarcie... jest to chwila uroczysta mojego życia, w któréj jedna jego epoka się zamyka, a roztwiéra druga.
    Powiem ci więc, coś odgadł zapewne. Dla mnie świata ognisko jest we mnie, celem moim — dobro moje, narzędziami ludzie... a przedewszystkiém ich słabości... Dowiedziona rzecz, iż na nie rachując, nie myli się... nigdy.
    Znać słabości ludzkie, aby z nich korzystać, swoje własne, aby się ich obawiać — to rozum cały. — Reszta to romanse, które bawią a nie tuczą...