Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Roboty i prace.djvu/115

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    w swéj książce, unikając widocznie dalszéj rozmowy.
    Króciuchna ta polemika wprawiła w kłopot towarzystwo całe, szczególniéj nie rada z niéj była gospodyni domu, wiedząc, jak hrabinie, o któréj stosunki wielce jéj chodziło, najmniejsze sprzeciwienie się, najłagodniejszy spór był niemiłym. Nawykła panować i być otoczoną ludźmi, którzy słuchali jéj, jak Sybilli i każde słówko powtarzali, jak coś niezwyczajnego, — hrabina dostawała bólu głowy i wpadała w najgorszy humor, gdy zmuszoną była do najłagodniejszego nawet sporu. Szczególniéj zaś w przedmiocie swych teoryj społecznych nie cierpiała sprzeciwiania się. Byłato wielka heroina, stojąca z ognistym mieczem na straży przy tradycyjnych zasadach. Ale że ci, co tych zasad pod jéj chorągwią bronili, korzystali z tego i umieli, dogadzając jéj słabości, wyzyskiwać, otoczono ją nadzwyczajnym respektem, aureolą jakąś, któréj się dotknąć nie godziło profanom. Wiodła réj w swoim obozie, którego rzeczywiście była tylko podskarbnicą.
    Chmurka na czole hrabiny groziła już tym znanym bólem głowy i opuszczeniem towarzystwa, baronowa sama nie wiedziała, jak zakląć to niebezpieczeństwo, gdy wszedł młody pan Lucyjan Werba, syn ministra, a zatem uprawniony do znajdowania się w tém kółku, człowiek wychowany jak najstaranniéj co do ogłady zewnętrznéj, wielce zdolny, umiejący potrosze wszystkiego, prowadzący rozmowę ze sztuką wirtuoza, wesół, przystoj-