Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Roboty i prace.djvu/101

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    które wyrzekłem, gdyśmy ostatni raz poncz pili ze sobą. Rzecz jest z niemi daleko mniéj skomplikowana, niżeli się zdaje. Rodzajów ludzi jest nie wiele, odmiany w nich więcéj powierzchowne, niż do głębi sięgające. Cała ludność niewiele warta, wyrosła z małpy, natury jéj ma jeszcze w sobie sporo. Nigdy jéj tylko téj smutnéj prawdy mówić nie potrzeba, i owszem dowodzić, że pochodzi od bogów... Panuje, kto chce i umié...
    — Powtarzasz się, kochany Julijuszu, rzekł Piętka, śmiejąc się, wszystko to z małemi waryjantami słyszałem już od ciebie. Są to ogólniki oklepane. Chcesz się wydawać wyższym od drugich i poniewiérasz ich dla deklamacyi. Ja cię czekam na wyłomie, u czynu, tam dopiéro człowiek istotnéj wyższości swéj dowodzi. Siedziéć w kącie i plwać z balkonu na idących piechotą bardzo łatwo...
    — Ja téż ani długo na balkonie siedziéć, ani pluć nie myślę, zawołał Płocki. Jeszcze chwila cierpliwości, a wychodzę z ukrycia i biorę się do tego, co ty nazywasz czynem.
    — A ty jak to nazywasz? — zapytał Piętka.
    — Rolą, śmiejąc się, rzekł pan Julijusz. Zadaniem życia — odegrać dobrze swą rolę.
    — Tak, jedną, ale dobrze! — dodał Piętka obojętnie, bo go ta rozmowa jakoś nie zdawała się wielce zajmować.
    — Bardzo przepraszam, sprzeciwił się Płocki, nie jedną rolę, ale wszystkie możliwe, jakich okoliczności po nas wymagać mogą.