Przejdź do zawartości

Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Ja! tak! niestety! westchnął Herman: bijąc się w piersi, przyznaję! Przy pani trudno o czarodziejkach mówić, bo pani jedną z nich jesteś, ale Viola czaruje dziecinną śmiałością, talentem, a nawet wynędznieniem swojém i chorobą...
— Co za entuzyazm! rozśmiała się Hanna.
— Panibyś go podzielała, gdybyś ją widziała z blizka...
— Sądzisz pan?
— Jestem tego pewien... a zatém przypuśćże pani do zgody i łaski swéj biednego Sylwana, który niewinnie ucierpiał wiele...
Na to nie było odpowiedzi... Herman odszedł, Hanna postąpiła do stolika, ogólna rozmowa o wypadkach dnia toczyć się zaczęła — Sylwan się do niéj przyłączył... Parę razy Hanna zwracała się wprost ku niemu odpowiadał jéj grzecznie, spokojnie, nie okazując wzruszenia ani najmniejszego gniewu.
Złożyło się tak, że Dołęga przysiadł do starościny, papa Oleś do Lelii, Herman zaś Sylwanem pokierował, aby go z Hanną odłączyć i dozwolić się im rozmówić z sobą. Miał wszelką nadzieję, iż przyjdzie do porozumienia.
Lecz Sylwan łatwy nie był do takiego pokierowania, ociągał się nieco i brat musiał bardzo czynnie chodzić około niego, nim go oddał nieznacznie pannie Hannie...
Wpośród rozmowy we troje poczętéj, wymknął się