Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


hrabiego z uczuciem, w którego gorącości poznał Herman starego burgunda...
— Zkądżeś ty się tu wziął? zapytał śmiejący się Dołęga... jak?
— Szedłem ulicą! prawdziwy instynkt serca mnie tu przyprowadził...
— O polska poczciwa naturo! zawołał Dołęga... gdzie brzęczą kielichy... bo w nich wesele, miłość i wszystkie szlachetne popędy...
— Masz pan zupełną słuszność, panie Maryanie, rzekł Herman: nadewszystko w kielichu jest Leta zapomnienia... wszystkich policzków, które nam dają codziennie, wszystkich głupstw, które popełniamy sami, wszystkich podłości, któremi się posługujemy dla wzniosłych celów...
Ale hałas okrutny przerwał panu Hermanowi... który już dokończyć nie mógł.
— Co mu się to stało! zawołał Paprzyca zgorszony... toast jego pachnie rewolucyą... to chłopiec..
— Fantastyk nic więcéj, szepnął Lubicz... lubi paradoksa... ale wszystka u niego siła w języku... nie ma niebezpieczeństwa!