Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Ramułtowie.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jęcie cudze w ubogim domu, ten popis z niedostatkiem wśród jéj biedy...
Nie wiedziała komu to przypisać... ale była smutna...
— Zrobiłeś mi pan przykrość, panie Sylwanie, odezwała się — ja zwykle wieczerzam kawałkiem chleba i séra... to nie dla mnie... jedzcie panowie, mnie zawstydza ten zbytek...
— Przykrość pani robi, spytał Herman... seryo?
— Bardzo wielką — odezwała się Viola.
— Sylwan więc zgrzeszył, ale trzeba złe naprawić...
To mówiąc zgarnął ze stołu wszystko razem w serwetę, otworzył okno, wyrzucił precz, zamknął znowu i usiadł spokojny na krzesełku...
— Pani w domu jesteś jeszcze bardziéj uroczą, zachwycającą niż na scenie, począł żywo... aby go kto ze słowem nie uprzedził... Bałem się, by w pani nie znaleźć tu nawet artystki...
— Tu jest sierota uboga... która od szóstego roku życia występuje na scenie... odpowiedziała Viola — a ma już życia i sceny za wiele!
— To coś tragedyą czuć — rozśmiał się Herman... ja komedyę wolę... bardziéj ludzką jest rzeczą.
— A komu los tragedyę narzuci? wtrącił Sylwan.
— Los daje materyał — mówił Herman — nam go zawsze wolno sobie nawet na farsę przerobić.
Viola rozśmiała się — Herman był uszczęśliwiony tym tryumfem i puścił się w paplaninę swą zwykłą,